Fotografia Adama Pietrasiewicza
Adam Pietrasiewicz
Widziane z pozycji siedzącej
czyli
co mam do powiedzenia na tematy bieżące i ponadczasowe.

E-book - historical fiction

Przejście do strony na której można kupić ebook Powroty

Co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Euro, transfery bogactwa i Polska.

26 marca 2017

Uwaga długie i nudne.

Próba przybliżenia tego czym jest euro i jak to działa, napisana prostym językiem.

Większość ludzi nie wie jak NAPRAWDĘ działa system finansowy, skąd się biorą pieniądze, na czym polega dług państwowy, co to jest deflacja. Wiedza większości ogranicza się do tego, że inflacja oznacza utratę wartości przez pieniądz, ale mało kto jest w stanie przeprowadzić analizę dalej niż stwierdzenie, że niektóre (albo wszystkie) towary podrożały. Czyli faktycznie stwierdzają dokładnie coś przeciwnego niż ma miejsce, bo zupełnie nie chodzi o to, że towary drożeją (zazwyczaj ich wartość się nie zmienia), tylko o to, że pieniądze, które mają w portfelu, czy na koncie, utraciły moc nabywczą.

Podobnie mało kto tak naprawdę rozumie czym jest euro, jak działa, jaka jest jego rola i jaka powinna być nasza postawa wobec tej waluty. Nasza, to znaczy nas, Polaków.

Wielu, a wydaje mi się, że większość jest przekonana, że euro to wspólna waluta niektórych krajów Unii Europejskiej. Że we wszystkich tych krajach jest ten sam pieniądz. To zrozumiałe – banknoty wszędzie w tych krajach wyglądają tak samo. Tyle, że pieniądz funkcjonujący w ramach danego państwa nie jest tym samym co pieniądze funkcjonujące w innych państwach, nawet jeśli nazywają się tak samo i tak samo wyglądają. Już wyjaśniam o co chodzi.

Pieniądz to nie jest tylko banknot, który mamy w portfelu. Pieniądz pełni w nowoczesnej społeczności, a szczególnie społeczności funkcjonującej w otoczeniu innych społeczności rządzących się swoimi prawami, specyficzną funkcję regulatora wartości i jakości tego, co w danym państwie jest produkowane. Tak było do czasu, gdy nie powstało euro, i oczywiście tak jest i dziś, gdy ta waluta funkcjonuje już od ponad 15 lat.

W czasach gdy w każdym kraju Unii Europejskiej były osobne waluty, zachowywały one pewną określoną wartość w stosunku do siebie, na przykład 1 marka niemiecka była warta 4 franki francuskie, a jedna złotówka była warta 10 franków belgijskich. Te wartości mogły się zmieniać i zmieniały się w zależności od tego, jak funkcjonowała gospodarka danego państwa. Czyli jeśli na przykład gospodarka Francji nie działała za dobrze, to okazywało się, że po to, by dostać jedną markę niemiecką potrzeba będzie nagle więcej franków francuskich niż dotychczasowe 4 i kurs franka do marki się zmieniał.

Co powodowała taka zmiana, taki spadek wartości franka do marki (i najczęściej do innych dewiz państw, w których wydajność i jakość pracy się nie zmieniły)? Otóż powodowała, że dla Niemca (ale w zasadzie dla każdego mieszkającego poza Francją) francuskie towary stawały się nieco tańsze. Oznaczało to, że były troszkę bardziej konkurencyjne na światowych rynkach,  co przekładało się na możliwość wzmożenia produkcji we Francji i ostatecznie przywrócenia poprzednich wartości kursów walut do siebie. Aby zrozumieć ten mechanizm należy odnotować, że taki początkowy spadek wartości franka do marki nie oznaczał bezpośrednio zmiany kosztów produkcji we Francji – płace oraz lokalnie produkowane surowce i półprodukty nie zmieniały od razu swoich cen na rynku wewnętrznym. Dzięki temu po to, aby wyprodukować towar, którego wartość dotychczas wynosiła 100 Franków, a który eksportowano za 200 franków, nadal potrzeba było 100 franków i nadal jego cena wynosiła 200 franków, tyle, że gdy ktoś płacił za ten towar w markach, to potrzebował nieco mniej marek niż dotychczas, by go nabyć. Zwyczajnie Francja dla Niemca robiła się wtedy nieco tańsza.

Z czego biorą się takie różnice cen? Dlaczego wyprodukowanie prostego bochenka chleba może być droższe we Francji niż w Niemczech? Jest oczywiście wiele przyczyn, ale jedną z podstawowych są zupełnie inne poziomy zabezpieczeń socjalnych pracowników.

Dziś chyba wszyscy wiedzą, że jednym z najważniejszych kosztów produkcji są koszty wynagrodzeń. Łączy się to również z szeroko pojmowanymi zabezpieczeniami socjalnymi, systemami zasiłków, ale i czasem pracy oraz ogólnie jej wydajnością. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że wydajność pracy w północnych Niemczech jest wyższa niż w południowych Włoszech, a także, co za tym idzie, jakość tego samego towaru wyprodukowanego pod Hamburgiem będzie zazwyczaj wyższa od tego, wyprodukowanego gdzieś w Kalabrii. Dlatego też (w ogromnym uproszczeniu oczywiście) niemiecka marka uważana była zawsze za walutę „silną”, a włoski lir za „słabą”. Miało to tę dobrą stronę dla Włochów, że Niemcy chętnie przyjeżdżali do Włoch, by za swoje marki móc kupić nieco więcej, niż mogli kupić u siebie (nawet jeśli jakość nie była ta sama). Przekładało się to na poprawę sytuacji producentów włoskich, którzy mogli podwyższać nieco ceny szukając cen optymalnych dla wszystkich, co wpływało na wzmożenie produkcji i koniec końców wzrost ogólnego bogactwa we Włoszech.

Komu więc to przeszkadzało i czemu się to zmieniło w 2001 roku? Po co wprowadzono euro?

Były ku temu dwie podstawowe przyczyny – ideologiczna i ekonomiczna.

Ideologiczna polegała na tym, że rządzący Unią Europejską stwierdzili, i uwierzyli w to, że wprowadzenie jednej waluty obowiązującej w wielu państwach będzie zaczątkiem państwa europejskiego. Wyobrażali sobie, całkiem niesłusznie, że wystarczy zarządzić jedną walutę dla wszystkich, by powstały Stany Zjednoczone Europy.

Natomiast przyczyna ekonomiczna dotyczyła szczególnie tych, którzy swą działalność opierali i nadal opierają na szukaniu zysku w przepływach walut. Wprowadzenie jednej waluty w wielu krajach zdejmowało  z nich ryzyko strat spowodowanych nagłymi zmianami kursów pomiędzy walutami. A było to ogromne ryzyko, gdy się weźmie pod uwagę fakt, że operacje finansowe, z których międzynarodowi finansiści czerpali zyski, opiewały (i nadal opiewają) na sumy idące w BILIONY (tysiące miliardów) i zmiana kursu o 1 procent, czy nawet pół procenta może oznaczać monstrualne straty.

Funkcja ekonomiczna wprowadzenia euro (w rozumieniu zaspokojenia potrzeb światowej finansjery) została w pełni spełniona. Niektórzy uważają, że tak naprawdę głównie w tym wszystkim chodziło właśnie o to, a gadania o politycznych celach wprowadzenia euro to była jedynie zasłona dymna.
Problem w tym, że świat jest nieco bardziej złożony i nie polega jedynie na przepływach finansowych elektronicznych pieniędzy z jednego konta na końcu świata na drugie konto na drugim jego końcu. Wielowiekowe doświadczenie pokazuje, że czy nam się to podoba, czy nie prawa ekonomii ostatecznie zawsze pokazują swoją paskudną gębę i przywracają swoje reguły. A te są wciąż te same bez względu na to, jak bardzo niektórzy chcieliby udawać że jest inaczej.

Samo wprowadzenie euro nie stworzy z państw Unii Europejskiej nowych Stanów Zjednoczonych dlatego, że euro NIE JEST tak jak dolar tą samą walutą dla wszystkich. Nie jest, bo na poziomie PONADPAŃSTWOWYM nie ma państwowych struktur politycznych. W skrócie nie ma czegoś takiego jak europejski urząd podatkowy oraz system redystrybucji bogactw.

O co chodzi?

Otóż chodzi o to, że w grupie państw stosujących euro jako swoją walutę nie ma automatycznych przepływów finansowych prowadzących do niwelowania różnic bogactwa poszczególnych elementów grupy. Gdyby przełożyć obecną strefę euro na nasze, polskie podwórko, to mamy taką sytuację, że bogactwo, czyli Produkt Wojewódzki Brutto z wielkopolskiego pozostaje w województwie wielkopolskim, ten z mazowieckiego w mazowieckim, a województwo podkarpackie może się jedynie obejść smakiem bo wyprodukowane w okolicach Leska i Rzeszowa bogactwa w żaden sposób nie wystarczą by pokryć potrzeby najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących powiatów województwa. Przekłada się to oczywiście na poziom budżetu przeznaczonego na ochronę zdrowia czy na zasiłki dla bezrobotnych. W Wielkopolsce czy w Warszawie produkuje się dużo bogactwa, w związku z czym ochrona zdrowia jest lepsza, drogi są lepsze a 500+ może być wypłacane na pierwsze dziecko. W tym czasie w Rzeszowie nie ma pieniędzy na naprawienie dachu w szpitalu wojewódzkim.

Wspólna waluta dla wszystkich, po to żeby mogła działać skutecznie i prowadzić do powstania oraz  prawidłowego działania wspólnej struktury politycznej MUSI funkcjonować w systemie redystrybucji bogactw, tak by podatki zebrane w Poznaniu mogły być, i były używane do łatania dziur w nawierzchni ulic w Rzeszowie. Taki jest właśnie w USA, gdzie poprzez system podatków federalnych stany biedniejsze korzystają z bogactwa wypracowanego w stanach bogatszych.

W strefie euro tak nie jest. Bogate Niemcy nie dzielą się swym bogactwem z biednymi Grekami! Wręcz odwrotnie. Swoją dominującą pozycję w Unii Europejskiej wykorzystują do tego, by pogrążać Grecję w biedzie, co ostatecznie prowadzi do ucieczki kapitałów z Grecji, monstrualnego wzrostu zadłużenia tego kraju, ogromnego wzrostu bezrobocia i katastrofalnego spadku poziomu życia. Na przykład w ciągu ostatnich 7 lat dramatycznie wzrosła tam umieralność niemowląt oraz ludzi w wieku 45-65 lat, a bezrobocie młodych osiągnęło poziom 45%. Czyli euro w obecnej formie prowadzi do zubożenia ubogich przy jednoczesnym wzbogaceniu najbogatszych. Dobrze ilustruje to wykres pokazujący która z najważniejszych europejskich gospodarek skorzystała najwięcej z wprowadzenia euro.

Wykres przedstawiający wzrost lub spadek produkcji przemysłowej w państwach Europy Zachodniej po wprowadzeniu euro

Dlaczego tak się dzieje?

Jest tak dlatego, że w sytuacji, w której nie ma możliwości wsparcia lokalnej gospodarki, która znalazła się w kłopotach, poprzez  zmianę parytetu wymiany walut, czyli poprzez dewaluację waluty, jedyną drogą utrzymania konkurencyjności jest dewaluacja kosztów produkcji, czyli spadek zarobków, ograniczanie pomocy socjalnej, i w końcu likwidacja tych gałęzi gospodarki, które są najbardziej narażone na konkurencję. Ostatecznie prowadzi to do upowszechnienia biedy – zjawiska, które jest wyraźnie widoczne w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, jak również we Francji.

Gdyby euro było prawdziwą, wspólną walutą, to produkowane w Niemczech zyski byłyby przepompowywane do Grecji, gdzie służyłyby inwestycjom, wypłatom zasiłków dla bezrobotnych i unowocześnianiu ochrony zdrowia. Zamiast tego widzimy, że Niemcy są państwem stojącym najbardziej bezwzględnie na straży niepopuszczania Grekom ani o milimetr w ich walce z monstrualnym zadłużeniem, a wręcz widać, że Berlin wpędza Ateny w coraz większe długi. Dzięki temu Niemcy przejmują na własność całe sektory jeszcze działającego przemysłu, a pożyczane Grekom pieniądze natychmiast i tak wracają do niemieckich banków przelewane tam przez tych, do których trafiają, dzięki całkowitemu otwarciu na przepływ kapitałów.

Czy wobec tego Polska powinna wstępować do strefy euro? Czy moglibyśmy na tym skorzystać?

Doświadczenia słowackie wskazują na to, że korzyści są niewielkie. Wprowadzenie euro powoduje wszędzie wzrost cen, a wobec braku transferów socjalnych nie daje jednoznacznie wymiernych korzyści. Słowacja nie zaczęła kwitnąć gospodarczo po 2009 roku.

Gospodarka Słowacji jest jednak nieporównywalnie mniejsza od gospodarki Polski. Więc może z nami jest inaczej?

Musimy pamiętać o tym, że przez ostatnich kilkanaście lat, tych poprzedzających wstąpienie do UE oraz późniejszych, polska gospodarka została jednoznacznie przebudowana tak, że stała się elementem służebnym wobec gospodarki niemieckiej. Niemcy produkują u nas tanio podzespoły czy montują produkowane w Niemczech elementy likwidując równolegle wszystkie konkurencyjne wobec swoich gałęzie produkcji. Wprowadzenie euro mogłoby jedynie pogłębić ten proces likwidując jakąkolwiek naszą samodzielność nie dając w zamian niczego – Niemcom w żadnym przypadku nie zależy na tym, by polscy robotnicy zarabiali lepiej, bo ich celem jest wykorzystywanie nas jako taniej, wykwalifikowanej siły roboczej.

Z drugiej strony nie wywiera się na nas jakiejś wielkiej presji, byśmy wstąpili do strefy euro, bo faktycznie spekulacja polskim złotym czy polskimi papierami dłużnymi jest na tyle marginalnym zjawiskiem na rynkach finansowych, że ewentualne ryzyko zmian kursu złotego do innych walut jest bez większego znaczenia.

Najważniejsze jest jednak to, że jakiekolwiek działania w celu wstąpienia do strefy euro staną się zapewne niedługo bezprzedmiotowe. Upadek euro i powrót do lokalnych walut są  traktowane coraz częściej jako oczywistą oczywistość w ciągu najbliższych nawet nie lat, ale kwartałów. Niekoniecznie musi to oznaczać zniknięcie euro jako takiego – europejska waluta może pozostać jako sposób rozliczania się państw UE z resztą świata, ale będzie jedynie „nakładką” na systemy walutowe państw Unii, które odzyskają dzięki temu możliwość dewaluacji i wzmocnienia przez to swojej gospodarki.

A do tego nie potrzeba wchodzenia teraz do strefy euro.

Następny tekst


Jeśli uważasz, że to co przeczytałeś było ciekawe albo wartościowe, kliknij na zieloną łapkę. Albo na tę drugą, jeśli nie. Takie kliknięcie zawsze jest przyjemne, bo oznacza, że to co piszę nie pozostawiło Cię obojętnym. Możesz również udostepnić ten tekst w serwisach społecznościowych, dzięki czemu inni też go zobaczą. możesz też zasubskrybować kanał RSS który będzie cię powiadamiał o nowych wpisach: uruchom subskrypcje kanału RSS

kliknij, jeśli tekst ci się spodobał15kliknij, jeśli tekst ci się nie spodobał5
Skomentuj

Pewne sprawy muszą być jasne - to jest MÓJ blog, więc to ja decyduję o tym, co się na tych stronach pojawi, a co nie. Tak więc gdyby ktoś chciał wypisywać tutaj rzeczy, których nie chcę tu widzieć (myślę głównie o jakichś wulgaryzmach, spamie itp), to je po prostu usunę. Takie jest moje zbójeckie prawo. (Merytorycznych, ale krytycznych wobec mojego tekstu uwag nie usuwam.)