Fotografia Adama Pietrasiewicza
Adam Pietrasiewicz
Widziane z pozycji siedzącej
czyli
co mam do powiedzenia na tematy bieżące i ponadczasowe.

E-book - historical fiction

Przejście do strony na której można kupić ebook Powroty

Co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Antysystemowość? To zmieńmy konstytucję i losujmy!

01 czerwca 2015

Kości do gry wysypujące się ze skórzanego kubka

Uwaga – długie (i pewnie nudne)

Nadszedł dobry czas na refleksje systemowe i konstytucyjne. Najwyraźniej dzieje się trochę, idzie nowe – system się troszkę zmienia, okazuje się, że telewizje nie mają już rządu dusz, że Internet może znacząco zakłócić bieg spraw publicznych. To dobrze, bo wydaje się, że coraz mocniej czuć w powietrzu potrzebę zmian.

Amerykańska policja jest wyposażana w broń wojenną, Gwardia Narodowa coraz częściej pojawia się na ulicach miast amerykańskich, a i u nas, w Unii Europejskiej podpisywane są w panice prawa umożliwiające ściąganie do interwencji oddziałów policji z innych państw. Chodzi o to, żeby uniknąć sytuacji, w której w razie rozruchów policja stanęłaby po stronie manifestantów, co miało miejsce już co najmniej raz, we Włoszech kilka lat temu. Gdyby to była policja sprowadzona z Francji czy z innego państwa to nie bratałaby się z manifestantami, bo by ich nie rozumiała.

System polityczny, w którym żyjemy, zużył się. Jego zużycie następuje coraz szybciej w ciągu ostatnich kilkunastu lat i nie jest to tylko zjawisko widoczne w Polsce. Do jego zużycia przyczyniają się ciągłe afery, arogancja polityków i poczucie powolnego, ale coraz bardziej skutecznego pogarszania się sytuacji przeciętnych ludzi. W Europie Zachodniej ma na to wpływ poczucie ubożenia, które jest dość powszechne w państwach takich jak Francja, Hiszpania czy Włochy, nie wspominając o Grecji. U nas nie wydaje się, by było powszechne poczucie ubożenia, bo chyba faktycznie JESZCZE społeczeństwo nie ubożeje, ale jest wyraźne poczucie końca czasów w których żyło nam się coraz lepiej. Być może granicę między czasami dobrymi i obecnymi są setki tysięcy kredytów na zakup nieruchomości we frankach. Miało być tak dobrze, a wyszło jak zawsze.

W czasie trwającej właśnie kampanii prezydenckiej wypłynął temat JOW i jest on traktowany po raz pierwszy poważnie. O wiele poważniej niż te lata temu, gdy Janusz Korwin Mikke, profesor Przystawa, a potem raczkująca Platforma Obywatelska zaczynała o nim mówić po czym nagle o nim zapomniała.

Nie będę tu bronił JOW, choć oczywiście uważam ten system za lepszy od obecnie obowiązującego. Pojawienie się tego tematu traktuję natomiast jako sygnał, że ludzie mają poczucie, że potrzeba zmian. Uważam, że jeśli mają być zmiany, to warto, by były to zmiany prawdziwe, systemowe, a nie pozorne. Wprowadzenie JOW nie byłoby prawdziwą zmianą systemową, byłoby tylko doraźną zmianą mającą złagodzić objawy choroby, a nie zlikwidować jej przyczyny.

Siła napędowa ludzkich działań

Żądza władzy/sławy/uznania, seks i pieniądze – oto trzy elementy napędowe ogromnej większości ludzkich działań w sferze publicznej, a często i prywatnej. Zapewne są przypadki osób działających w życiu publicznym z innych, o wiele bardziej szlachetnych pobudek, ale wydaje się, że te trzy są głównymi. Ogólnie nie trzeba ludzi namawiać do tego, by rządzili, by brali pieniądze, by się kochali. Oczywiście nie każdy staje się od razu chciwym celebrytą-erotomanem, ale przecież i takich nie brakuje, prawda?

System polityczny to przede wszystkim kwestie związane ze sprawowaniem władzy. Zaspokajaniem jednej z głównych ludzkich żądz.

System polityczny to zbiór zasad i zwyczajów związanych ze sprawowaniem władzy. To przede wszystkim

KONSTYTUCJA

Kiedyś władza pochodziła od Boga. Sprawa była prosta i zrozumiała dla każdego. Był król, boży pomazaniec (warto przecież pamiętać, że namaszczenie na króla było uważane za sakrament na równi ze chrztem czy bierzmowaniem) i to on był ostoją i źródłem praw ziemskich. Konstytucja zastąpiła tę wizję, która upadła w wyniku rozwoju myśli oświeceniowej. (Niektórzy twierdzą, że to wynik spisku masońskiego, ale nie o tym ma być ten wpis.)

Ostatecznie dziś władza nie pochodzi od Boga. Nikt już w naszych kręgach cywilizacyjnych nie wierzy w boskie pochodzenie władzy świeckiej. Rolę Boga, jako źródła praw przejęli politycy będący, w wyniku jakiejś tajemniczej „umowy społecznej”, o której się czasami tu i ówdzie słyszy, twórcami podstawy systemu władzy, czyli konstytucji. „Umowa społeczna” ma być ostatecznym fundamentem wszystkiego, elementem, do którego można się odwołać gdy już nie wiadomo do czego się odwołać. Czyli to taki Bóg.

Nieistniejąca umowa społeczna.

Ponieważ jestem ateistą, to tym łatwiej przyjdzie mi stwierdzić, że podobnie jak Boga, żadnej „umowy społecznej” nie ma i nigdy nie było. W każdym razie szukałem jej bardzo dokładnie w swoich archiwach, żeby sprawdzić jej zapisy no i kiedy i gdzie ją podpisałem, pytałem również o nią krewnych i znajomych, ale najwyraźniej nikt nic nie wie. Skończyłem nawet studia politologiczne, ale poza tym, że faktycznie o niej wspominano, to też nikt nie potrafił mi jej pokazać.

Problem w tym, że gdy się patrzy na to, jak ten system działa, to można mieć podejrzenia bliskie pewności, że owa „umowa społeczna” jest pełna klauzul zakazanych...

A skąd klauzule zakazane by się tam wzięły? Odpowiedź jest dramatycznie prosta! Jeśli faktycznie istniałaby jakaś taka umowa, to byłaby ona tak samo zła, jak wszystko co z niej wynika, bo byłaby owocem prac i przemyśleń polityków.

BO TO POLITYCY TWORZĄ PRAWA,

którymi się potem podpierają, i które określają ramy ich działań. To politycy, którzy przejęli władzę w wyniku nieistniejącej, bezprawnej „umowy społecznej” piszą i ogłaszają Konstytucję będącą później podstawą ich działań oraz całego prawa.

Rządzący, a za nimi naukowcy, politolodzy i prawnicy twierdzą, że konstytucja jest konieczna żeby uporządkować i zorganizować władzę, żeby uporządkować i zorganizować życie państwa. Dość zręcznie unikają akcentowania głównej roli, jaką faktycznie powinna pełnić konstytucja.

Oparcie systemu na nieistniejącej „umowie społecznej” daje rządzącym w zasadzie nieograniczoną władzę. Władzę absolutną. Władzę faktycznie o wiele większą niż mieli królowie europejskich monarchii „absolutnych” - politycy reprezentujący rządzących nie muszą się liczyć dziś z niczym, wystarczy, że mają „większość” będącą pewną formą boskiego namaszczenia, sakramentu mającego swe źródło w... nieistniejącej „umowie społecznej”.

Zauważmy, że dzisiaj rządzący mogą WSZYSTKO. Mogą doprowadzić do zrzeczenia się przez państwo suwerenności, mogą zadłużyć państwo i przyszłe pokolenia w prywatnych bankach na poziomie takim, że nigdy nikt tego nie spłaci, ale wszyscy będą musieli to spłacać przez dziesiątki lat, mogą sprzedać dobra, które dotychczas uważane były za państwowe, czyli wspólne wszystkich obywateli, czyli nietykalne. Mogą podważyć zasady moralne, które sterowały naszym życiem od setek pokoleń, mogą już dziś nawet sprowadzić uzbrojone siły zza granicy przeciwko swoim własnym obywatelom.

Rządzący mogą dziś wszystko. Mogą, bo to oni tworzą prawa i to oni je egzekwują. Rządzący są władzą nietykalną i wszechwładną. Władzą, której już dzisiaj nikt ani nic faktycznie nie kontroluje.

Żyjemy w czasach, w których nikogo zupełnie nie dziwi, że politycy, których widujemy na pierwszych stronach portali internetowych, w wiadomościach TV czy na okładkach gazet nie są wcale ludźmi, którzy realnie rządzą. Gdy się mówi, że faktycznie rządzą bankierzy, firmy farmaceutyczne, wielkie sieci handlowe, to mało kto wydaje się zaskoczony. Mało kto jest zaskoczony informacjami o korupcji – przeciętny obywatel uważa korupcję przedstawicieli władzy za coś złego, ale normalnego. Jest przyzwyczajony, szczególnie, że sam niejednokrotnie musiał korumpować, by otrzymać to, czego chciał. Nikogo nie dziwi, choć większość oburza fakt, że państwo, w którym żyją jest państwem określanym jako „drapieżca”, w którym na przykład wątpliwości w prawie skarbowym są rozstrzygane z zasady na niekorzyść podatnika, a urzędnicy są bezkarni.

Ta bezkarność ma swoje źródła właśnie w Konstytucji, którą to napisali i uchwalili sami politycy. Jest więc czymś oczywistym – skoro mogli spowodować taką bezkarność, to oczywiście ją wpisali w ustawę zasadniczą dokładając do niej immunitety i całkowity brak odpowiedzialności za działania. Poseł w Sejmie nie musi liczyć się ze swoimi wyborcami, nie ma możliwości odwołania go, nie ma żadnych możliwości realnego rozliczenia go z działań, które realizuje bądź realizował jako poseł. Oczywiście – można go nie wybrać na następną kadencję – ale co sprytniejsi politycy, jak ci u nas – wymyślili system partyjno-proporcjonalny, który nawet i tę możliwość faktycznie likwiduje.

Czy kogoś to dziwi? Dziś już chyba nie.

System, w którym żyjemy podlegał degeneracji razem z kolejnymi pokoleniami ludzi, którzy w nim żyli. Politycy, którzy funkcjonowali w nim w XIX wieku i w pierwszej połowie XX wieku najwyraźniej swoje zasady czerpali jeszcze z dawnej moralności, w której różnica między dobrem, a złem była jasna i jednoznaczna. Być może to fakt, że w przytłaczającej większości byli to ludzie wierzący i religijni, a więc gdzieś tam jednak „bali się Boga”... Już wówczas jednak mieli świadomość, że jeśli będą chcieli, to mogą wszystko – dowodem na to mogą być chociażby czasy Sanacji w II RP i chociażby Bereza Kartuska.

Potem, po II Wojnie Światowej, która przekonała miliony ludzi, że Boga nie ma, więc nie ma się czego tak naprawdę bać, było już tylko gorzej. I tak jest do dziś. Znaczy się – coraz gorzej.

***

Chyba jasnym jest dla każdego, że ludzi zmienić się nie da tak łatwo. Ludzkie żądze są dziś właściwie takie same jak 500 lat temu, ale i jak 2000 lat temu. Gdy się zapoznać bliżej z historią starożytnego Rzymu odnajdujemy mnóstwo tych samych cech, które widzimy sami u siebie dzisiaj.

To nie ludzie są problemem. Ludzie są jacy są.

PROBLEMEM JEST SYSTEM

Problemem jest to, że ludzie, którzy mają rządzić sami tworzą fundamenty, na których budowane są prawa. Problemem jest to, że wybór przedstawicieli ludu (demos) odbywa się w sposób wykluczający jakiekolwiek przedstawicielstwo i jakikolwiek realny wybór. Że rządzą partie, a w partiach rządzą wodzowie. Problemem jest to, że partie narzucają swoim członkom będącym teoretycznie przedstawicielami ludu, dyscyplinę partyjną zmuszając do podejmowania decyzji często sprzecznych z ich przekonaniami, nie mówiąc o tym, że sprzecznych z interesem ludu. Problemem jest to, że to wcale nie jest demokracja, czyli władza ludu.

Znam wielu polityków osobiście. Niektórzy z nich swego czasu, w młodości, byli moimi kumplami. Absolutnie wierzę, że gdy przystępowali do działalności politycznej robili to uczciwie, z prawdziwej woli naprawy tego co jest i budowy czegoś lepszego.

Coś się jednak po drodze stało, coś złego. Z przyzwoitych ludzi zamienili się nagle w bezwzględne drapieżniki, a czasami wręcz w ścierwojady. A ci, którzy odmawiali tej transformacji wylądowali na politycznym śmietniku. Ci, którzy pozostali, w sposób właściwie otwarty – może bez mówienia o tym wprost w mediach, ale już bez wielkiego zażenowania na salonach – stali się chłopcami na posyłki możnych tego świata. Zamiast reprezentować lud wykonują polecenia, często nawet bez wiedzy o tym, skąd one faktycznie pochodzą.

Nie ma w tym niczego dziwnego. Kampania wyborcza wymaga pieniędzy, politycy samodzielnie nie są w stanie jej sfinansować, ale zawsze znajdą się ludzie gotowi wyłożyć na to pieniądze. Koniec końców polityk jest zawsze komuś coś winien, czyli jest stałym podmiotem korupcji. Zawsze musi się z kimś liczyć po to, by móc być wybranym po raz kolejny. Bo rządzą władzy jest silna.

Czyli jest to system oligarchii opartej na wyborach i korupcji.

Coś w tym systemie nie działa tak, jak powinno.

SYSTEM NIE DZIAŁA TAK, JAK TEORETYCZNIE POWINIEN.

Zmiana na Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, o których ostatnio tak wiele się mówi nie jest tak naprawdę realną zmianą systemu. Jego podstawy pozostają niezmienione, jedynie niektóre jego właściwości ewoluują, stają się trochę lepsze. Ich „lepszość” polega na tym, że w systemie JOW przedstawiciele ludu są nieco mniej uzależnieni od kierownictw swoich partii i nieco bardziej od wyborców. Od „elektoratu”, jak nas, obywateli, obraźliwie dziś nazywają politycy. Nie należy się jednak łudzić – w JOW kandydaci są nadal uzależnieni od tych, którzy finansują im kampanie wyborcze i nie da się tego ominąć żadnymi prawami... Z resztą kto miałby takie prawa wprowadzać? Ci, którzy sami z nich korzystają?

System JOW jest lepszy od tego, który mamy, ale to jest jednak wciąż ten sam ZŁY system. Po to, by nastąpiły zmiany powinien się on faktycznie zmienić.

***

Powyższe refleksje dla wielu mogą być banalne. I pewnie są. Uznałem jednak, że muszę je zebrać, by przygotować grunt do przedstawienia rozwiązania.

Zazwyczaj, gdy krytykowałem obecny system zatrzymywałem się właśnie w tym miejscu. Moi czytelnicy czy słuchacze zadawali niezmiennie to samo pytanie:

NO DOBRZE. TO CO W ZWIĄZKU Z TYM? CO PROPONUJESZ?

A ja niezmiennie odpowiadałem, że to jest tak jak z chorobą – po to, żeby stwierdzić, że ktoś jest chory często w ogóle nie potrzeba być lekarzem. Wystarczy na niego popatrzeć, żeby to zobaczyć.

- Tak, ten system jest chory! Ale ja nie jestem lekarzem, nie potrafię przepisać leczenia, - stwierdzałem w odpowiedzi tym, którzy usiłowali mnie skłonić do przedstawienia lekarstwa na całe zło. Nie będę ukrywał, że był to tylko unik, sposób na wykręcenie się z konieczności obmyślania nowych, dobrych rozwiązań.

Ale przeczytałem teraz te dwa wpisy sprzed lat i stwierdzam, że nie muszę się niczego wstydzić ani niczego wymazywać. Jednak to, o czym pisałem nie byłoby wystarczające by nastąpiły prawdziwe zmiany. Wciąż pozostawał podstawowy problem – to byłoby manipulowanie wciąż tym samym systemem, w jego ramach, wobec czego z całą pewnością szybko nastąpiłaby jego degeneracja, tak jak nastąpiła bez opisanych przeze mnie usprawnień.

KONIECZNA JEST ZMIANA SYSTEMU

Zmiana systemu politycznego następuje zazwyczaj w wyniku jakichś dramatycznych wydarzeń. Wojny, rewolucji, katastrofy naturalnej. Warto jednak mieć wciąż na uwadze, że zmiany systemów na świecie następują czasami, a ostatnio, jak się wydaje, nawet całkiem często. Warto być przygotowanym na taką zmianę, mieć jakiś pomysł, jakiś plan.

Mam pomysł. Mam plan.

Żyjemy w systemie, w którym wszyscy powołują się na „demokrację”. „Demokracja” to w rozumieniu większości samo dobro. Chociaż tak naprawdę demokracja to głównie nazwa pewnego sposobu wyłaniania i sprawowania władzy, przez bardzo wielu to pojęcie ma poszerzane znaczenie i oznacza też system, w którym panują i są pielęgnowane wolności obywatelskie, wśród rządzących podstawową cechą jest odpowiedzialność. Często w dyskusjach mówi się, że „w prawdziwej demokracji to by tak nie było”, „w prawdziwej demokracji to jest niemożliwe” i ogólnie, że w prawdziwej demokracji z pewnością byłoby lepiej.

Całkiem niewykluczone, że w prawdziwej demokracji byłoby lepiej. Problem w tym, że dzisiaj nie ma nigdzie prawdziwej demokracji. System, w którym żyjemy, w którym funkcjonują państwa zachodnie to nie jest demokracja... To znaczy jest, bo od prawie dwustu lat to pojęcie zostało zawłaszczone i jego znaczenie zostało zmienione, ale jeśli cofnąć się do źródeł, to system oparty na partiach politycznych i wyborach spośród kandydatów, których te partie proponuję

TO NIE JEST DEMOKRACJA

Taki system, to jest oligarchia oparta na wyborach. To system, który istnieje po to, by zachować i ograniczyć obecność w polityce dla bardzo konkretnej grupy ludzi, stosunkowo niewielkiej oligarchii, ludzi, którzy żyją z polityki i niczego innego nie potrafią robić. Jest to system niezwykle wygodny dla rządzących (nie mylić z politykami, bo to nie to samo), gdyż są w stanie w sposób stosunkowo łatwy całkowicie kontrolować polityków, czyli sterować sprawami państwa bez konieczności ujawniania się.

Kiedyś, dwieście lat temu i dawniej, taki system jaki obowiązuje u nas z całą pewnością nie zostałby nazwany demokracją. Wtedy demokracja oznaczała coś zupełnie innego! Skądinąd warto zauważyć, że ojcowie największego, nazywanego dziś „demokratycznym” państwa, nie umieścili ani razu słowa demokracja, w żadnej formie, w swojej konstytucji, która z różnymi poprawkami obowiązuje do dziś. To nie przypadek – można powiedzieć mnóstwo różnych rzeczy o ojcach Stanów Zjednoczonych, ale z całą pewnością nie to, że byli zwolennikami demokracji.

Nie byli!

Ojcowie Stanów Zjednoczonych to byli ludzie rozsądni i system władzy zbudowali w taki sposób, by mieć pewność że oni i im podobni zachowają władzę. A demokracja by im tę pewność odebrała.

Demokracja to władza ludu. Lud w swej przytłaczającej większości nie składa się z bogatych, dobrze wykształconych ludzi z dobrych domów. Lud, to w większości ludzie biedni, którzy utrzymują się z pracy własnych rąk. Gdy się dobrze rozejrzymy wokół siebie, to szybko zauważymy, że w państwach, które nazywamy dziś demokratycznymi rządów nie sprawują ludzie, którzy wywodzą się z ludu.

Ojcowie amerykańskiej „demokracji”, tak jak i skądinąd każdej innej, nie chcieli demokracji, bo zależało im na tym by władza pozostała w ich rękach. W rękach ich i im podobnych. Dlatego o demokracji nie mówili wcale, a wręcz czuli do niej obrzydzenie, bo rozumieli ją jako system, w którym władza jest w rękach ludzi biednych. Oni sami nie zaliczali się do tej grupy i ogólnie mieli ją raczej w głębokiej pogardzie, a zapewne trochę się jej też i mogli bać.

Demokracja, jako nazwa systemu oligarchii wyborczej, albo prościej: systemu republikańskiego, pojawiła się dopiero w okolicach lat 40 XIX wieku. Na fali rewolucji Wiosny Ludów, która ujawniła tak naprawdę istnienie i aspiracje również najbiedniejszych warstw społecznych, dla których niektórzy byli gotowi nawet ginąć, okazało się, że pojęcie demokracji może być nośne. Wtedy nagle pojawili się kandydaci w wyborach, którzy odwoływali się do tego pojęcia, nazywali się demokratami i to działało. Działało, bo ludzie dali się oszukać, że ci „demokraci” pozwolą przejąć władzę ludowi. A potem się to jakoś przyjęło i tak już pozostało.

CZYM JEST FAKTYCZNIE DEMOKRACJA?

Albo może lepiej – co oznaczało pojęcie „demokracja” zanim zostało zmienione jego znaczenie? To proste – oznaczało władzę ludu (demos). Oznaczało, że państwem rządzi lud, czyli, upraszczając maksymalnie, największą wagę ma głos ludzi biednych.

Jak można to osiągnąć i czy warto?

Osiągnięcie sytuacji, w której lud przejmuje władzę jest stosunkowo proste – wystarczy podejmować wspólnie decyzje, na przykład poprzez referendum, tak jak ma to miejsce w Szwajcarii, i cel jest osiągnięty. Wydaje się, że Szwajcaria jest jedynym państwem na świecie, w którym funkcjonuje demokracja, albo przynajmniej system polityczny uwzględnia szereg elementów prawdziwej demokracji. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ten system doprowadził państwo na szczyt dobrobytu – Szwajcaria jest jednym z najbogatszych państw świata, państw, w których jest najwyższy dobrobyt i w których się dobrze ludziom żyje. I nie wynika to z zasobów naturalnych, których Szwajcaria specjalnie nie ma, nie wynika to też ze specyfiki geograficznej, bo państw górskich jest na świecie więcej i nie wygląda na to, by choć częściowo były podobne do Szwajcarii. Tym, co wyróżnia to państwo spośród otaczających państw jest wyjątkowy system polityczny. System oparty częściowo na zasadach demokracji.

Pojęcie demokracji, jako władzy ludu jest dość mocno zakorzenione w ludzkiej świadomości. Większość ludzi mówiących o demokracji rozumie jakby automatycznie, że w systemie prawdziwie demokratycznym, w idealnej odmianie tego systemu, faktycznie będzie rządził lud. Że władza będzie realizować aspiracje ludu i będzie działać na ich rzecz. Ten system zdaniem wielu istnieje, oczywiście nie u nas, ale gdzieś za miedzą, u sąsiada. Jak się odwiedzi sąsiada to okazuje się jednak, że u niego ludzie również wierzą w „prawdziwą demokrację”, której u nich nie ma, ale z całą pewnością jest gdzieś, za miedzą, u sąsiada.

Nie da się funkcjonować wyłącznie w oparciu o referenda. Nie da się, bo ktoś musi przygotować projekty praw, ktoś musi na bieżąco zajmować się sprawami państwa, podejmować szybkie decyzje, ktoś musi państwo reprezentować. Nie da się oddać władzy w ręce całości obywateli w całości. Ktoś musi wyjść przed Kancelarię Premiera, by przywitać odwiedzającego nas przedstawiciela obcego państwa, ktoś też musi pilnować żyrandola w Pałacu Prezydenckim. Kto to ma być? Jak go wybrać?...

Ale dlaczego „WYBRAĆ”?

Jedną z kwestii w rozumieniu problemów, jakie wynikają z działania obecnego systemu jest przywiązanie, czy wręcz kurczowe trzymanie się pewnych pojęć i traktowanie ich jako czegoś niepodważalnego. Jednym z nich jest „wybór”. Według większości demokracja polega na wybieraniu. Rządy ludu polegają na wybieraniu. Jak nie ma wybierania, to jest totalitaryzm, monarchia absolutna, ogólnie zło. Właściwie wszyscy uważają, że wybory są dobre, a brak wyborów jest zły. Że na tym właśnie polega i w tym bierze swoje źródło demokracja rozumiana zarówno jako system polityczny jak i o wiele szerzej wolności obywatelskie.

A gdyby spojrzeć na to inaczej?

Wszyscy... no, powiedzmy przytłaczająca większość zwolenników obecnego systemu jest zgodnych, że każdy obywatel powinien mieć w wyborach jeden głos. Że jest to istota systemu, że tak właśnie jest dobrze, sprawiedliwie. Gdy prezentowałem wielokrotnie w różnych sytuacjach swoją koncepcję systemu cenzusów, to właśnie fakt otwartego pojawienia się i wręcz podkreślenia nierówności ludzi budził największe obiekcje. „Ludzie rodzą się równi” przypominano mi deklarację praw człowieka i obywatela. Czyli poczucie równości jest dość mocno zakorzenione w świadomości.

Skoro tak, to pomysł, by losować przedstawicieli władzy nie powinien nikogo oburzyć, nie powinien przeszkadzać. Skoro wszyscy są równi, to znaczy, że wszyscy powinni móc mieć równe prawa do sprawowania władzy. A jak zapewnić większą równość niż zwyczajnie losując?

Losowanie zapewnia o wiele większą i bardziej prawdziwą reprezentację wszystkich obywateli – a o to przecież w tym wszystkim miało chodzić, prawda? Miało być tak, że wszyscy obywatele mają swoich reprezentantów, którzy ważne sprawy publiczne dyskutują między sobą i dochodzą jakoś do porozumienia, które powinno zasadniczo satysfakcjonować jak największą liczbę obywateli.

Gdy się przedstawicieli wylosuje, to ma się pewność, że większość z wylosowanych to będą prości ludzie, jak każdy z nas. Gdy się przedstawicieli wylosuje, to żaden z wylosowanych nie będzie musiał być nikomu wdzięczny za to, że został posłem – podstawowe źródło korupcji władzy zostaje w ten sposób wyeliminowane.

Przecież to nie ma sensu...

Głównym argumentem przeciwko systemowi losowania, który pojawia się natychmiast, gdy się przedstawia tę tezę jest stwierdzenie, że przecież wylosowany może zostać skończony idiota, a do tego nieuczciwy. To pierwsza myśl, która przychodzi do głowy zaskoczonej takim rozwiązaniem.

Jest wiele kontrargumentów, które można przedstawić. Właściwie są tylko kontrargumenty, bo przedstawianie jako argumentu faktu, że system mógłby spowodować, że do władzy doszliby ludzie nieuczciwi i głupi jest... jak by to ująć... mało przekonywający. Mało przekonywujący, szczególnie gdy rozważymy jacy ludzie obecnie dochodzą do władzy. Czy Ty Czytelniku, który to czytasz, a któremu też przyszło do głowy, że poprzez losowanie dopuścimy do władzy nieuczciwych głupków naprawdę sądzisz, że obecnie u władzy są uczciwi mędrcy?

Jak miałoby to wszystko działać?

System funkcjonowania państwa opiera się dziś na konstytucji. Tak więc najpierw to konstytucja powinna zostać zmieniona, a właściwie napisana od nowa, od zera. Konstytucję powinna napisać konstytuanta, którą mogłoby być na przykład 1000 wylosowanych obywateli, albo 10000, albo wszyscy, którzy chcieliby wziąć udział w jej tworzeniu, bo Internet pozwala dziś zapytać każdego o zdanie i pozwala każdemu swoje zdanie wypowiedzieć bez przeszkód.

Kto miałby być losowany?

Wydaje mi się, że powinno się losować spośród obywateli, którzy deklarują chęć brania udziału w życiu publicznym. To znaczy rejestrują się jakoś – na przykład w urzędzie gminy – przez co nabywają prawa do bycia wylosowanym. Można sobie wyobrazić jakiś egzamin z podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu społeczeństwa, żeby uniknąć udziału w losowaniu osób, które nie mają wystarczających kwalifikacji intelektualnych, ale można też uznać, że każdy kto się zapisze ma prawo wziąć udział w losowaniu i być wylosowanym.

Szczegóły ustaliłaby konstytucja, która byłaby bazą tego systemu.

Antysystemowość to ostatnio popularne hasło. Warto zwrócić jednak uwagę, że większość tzw. antysystemowców chce działać w ramach obecnego systemu. Nie chcą go tak naprawdę zmienić, tylko ewentualnie ulepszyć. Zamiast zlikwidować podstawę zła, którą jest oparcie całości systemu władzy o prawo dysponowania bogactwami i dostęp do nich, proponują wprowadzanie mechanizmów, które miałyby EWENTUALNIE OGRANICZYĆ korupcję, nadużywanie pieniędzy publicznych i rządy oligarchów partyjnych. Nie zlikwidować, tylko właśnie ewentualnie ograniczyć.

Prawdziwa antysystemowość musi zaczynać się od podstaw, Od oddania ludziom władzy w ręce i od pozwolenia ludziom stworzenia nowych jej podstaw. Od umożliwienia stworzenia nowej konstytucji, której nie stworzą politycy na własny użytek, tylko obywatele w celu ograniczenia i kontroli władzy. Nie ma chyba wątpliwości, że taka konstytucja zlikwidowałaby przywileje władzy, a gdyby oparła wyłanianie przedstawicieli na losowaniu, a nie na wyborach, to wytrąciłaby z rąk ludzi najbogatszych najprostszą i najskuteczniejszą metodę korumpowania polityków. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że ludzie, którzy byliby u władzy przestaliby być świętymi krowami, że powstałyby mechanizmy i kontroli i rozliczania z ich działań.

Zachęcam do refleksji. Zachęcam do myślenia nad nową konstytucją. Osobiście uważam, że system losowania posłów do Sejmu, losowania sędziów w sądach, losowania radnych itp. jest dobrym pomysłem. Prawa statystyki sprawiłyby, że władzę mieliby ludzie będący prawdziwymi reprezentantami narodu, a nie jakieś oderwane od realiów marionetki.

Myślę, że powrót do prawdziwej demokracji, czyli losowania przedstawicieli, mógłby być odpowiedzią na powracające pytanie „JEŚLI NIE DEMOKRACJA TO CO”? Otóż odpowiedzią powinno być: TO DEMOKRACJA – TYLKO TA PRAWDZIWA.

Najważniejsze jednak, że konieczna jest zmiana podstawy systemu, czyli konstytucji. Zmiana fundamentalna – potrzeba nam po prostu nowej konstytucji. Prostej, takiej, która nałoży władzy obrożę kolczatkę i kaganiec oraz obstawi władzę kamerami i podsłuchami. Konstytucji, która uniemożliwi kradzież naszego państwa i naszej przez polityków.

Wszyscy, którzy mówią o „antysystemowości” ale nie o napisaniu nowej konstytucji, traktują antysystemowość jako hasło na bazie którego chcą tylko przejąć władzę.

Następny tekst


Jeśli uważasz, że to co przeczytałeś było ciekawe albo wartościowe, kliknij na zieloną łapkę. Albo na tę drugą, jeśli nie. Takie kliknięcie zawsze jest przyjemne, bo oznacza, że to co piszę nie pozostawiło Cię obojętnym. Możesz również udostepnić ten tekst w serwisach społecznościowych, dzięki czemu inni też go zobaczą. możesz też zasubskrybować kanał RSS który będzie cię powiadamiał o nowych wpisach: uruchom subskrypcje kanału RSS

kliknij, jeśli tekst ci się spodobał7kliknij, jeśli tekst ci się nie spodobał4
Skomentuj

Pewne sprawy muszą być jasne - to jest MÓJ blog, więc to ja decyduję o tym, co się na tych stronach pojawi, a co nie. Tak więc gdyby ktoś chciał wypisywać tutaj rzeczy, których nie chcę tu widzieć (myślę głównie o jakichś wulgaryzmach, spamie itp), to je po prostu usunę. Takie jest moje zbójeckie prawo. (Merytorycznych, ale krytycznych wobec mojego tekstu uwag nie usuwam.)





Sławek SWP

18-04-2018 09:27:11 z numeru IP: 89.73.9.227

W informatyce jest używane takie pojęcie - idea, "sortowanie bąbelkowe" https://t.co/ZUg4O4IweQ Wybory demokratyczne możnaby opisać w nowej Konstytucji jako proces, trwający powiedzmy 12 miesięcy przed końcem kadencji albo proces ciągły... Używając BlockChain https://norbertbiedrzycki.pl/blockchain-trzeba-o-nim-wiedziec/ W dowolnym momencie, dwie osoby mogłyby ogłosić kogo z nich wybierają na posła. Ten kandydat miałby jeden głos... Stawałby do rywalizacji, wyłonienia na wyższy poziom z innymi kandydatami z jednym głosem.

MagdaPJankowska

09-05-2018 23:03:01 z numeru IP: 94.254.173.52

Tekst niezwykle ciekawy (jak większość Pana tekstów), choć przyznam, że odrobinę długi. Pisze Pan o wyborach przez losowanie. Dla mnie to jakaś abstrakcja. Uważam, że niestety, nawet taka forma do końca nie wyeliminowałaby korupcji, może odrobinę zmniejszyła. Natomiast, co do samej koncepcji opracowania konstytucji, to zgadzam się.