Fotografia Adama Pietrasiewicza
Adam Pietrasiewicz
Widziane z pozycji siedzącej
czyli
co mam do powiedzenia na tematy bieżące i ponadczasowe.

E-book - historical fiction

Przejście do strony na której można kupić ebook Powroty

Co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Dyskryminacja i konfiguracja, czyli komu nigdy nie opowiadali

1 grudnia 2012

Po ulicy Nowy Świat w warszawie idzie kilka osób, w tym jedna na wózku inwalidzkim

Zdumiewające rzeczy spotykam w swoim życiu po ponad pół wieku turlania się po świecie. Myślałem, że wiem już wszystko (człowiekowi zawsze się wydaje, że wie już wszystko, a tu się oczywiście okazuje, że nic nie wie, i tylko mu się wydaje).

Inwalidzi, czyli niepełnosprawni, czyli wedle najnowszej politycznie poprawnej nowomowy "osoby z niepełnosprawnością" to temat dość popularny. Ostatnio nawet Polska podpisała jakąś tam konwencję ONZ o prawach osób niepełnosprawnych. Dzięki tej konwencji moje warunki życiowe poprawiły się w stopniu niebywałym, stałem się pełnoprawnym uczestnikiem życia publicznego w każdym jego wymiarze i w ogóle zacząłem żyć w dobrobycie. Albo przynajmniej tak miało się stać, już sam nie wiem.

Myślałem, że jako kaleka właściwie od zawsze wiem wszystko na ten temat. Nigdy mi do głowy, nie przyszło, że świat jest bardziej skomplikowany niż mi się wydaje.

Nigdy nie odczuwałem boleśnie swojego kalectwa, bo tak zostałem wychowany, że potrafiłem je sobie jakoś oswoić. Przez połowę życia udawało mi się moje kalectwo ignorować. Żyłem tak, jakby go nie było. Nie udawałem. Po prostu NAPRAWDĘ nie miałem realnej świadomości jego istnienia. Potem się jednak zorientowałem, i jakoś - lepiej lub gorzej - udało mi się to przyswoić, wpisać w moje życie.

Zawsze bardzo gwałtownie protestowałem, gdy słyszałem wokół siebie lamenty różnych inwalidów i narzekania na straszny ich los. Patrzyłem na swoje życie i stwierdzałem, że przecież MOŻNA, że wystarczy trochę dobrej woli, odrobina mądrego wsparcia ze strony najbliższych. I nadal uważam, że MOŻNA, że potrzeba oczywiście wsparcia, ale da się żyć normalnie bez jeżdżenia na rowerze i wspinania się na Mount Everest bez maski tlenowej.

Nigdy też nie rozumiałem inwalidów mówiących o dyskryminacji. To słowo zawsze mnie denerwowało, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem.

Jak to bywa jednak, nadeszły nowe doświadczenia.

Zaczęło się gdy musiałem przestać chodzić o kulach i zacząłem się poruszać wyłącznie na wózku inwalidzkim. Poznałem wówczas uczucie, które wielu innych inwalidów poznało przede mną. Otóż mało która z osób nie będących inwalidą zdaje sobie sprawę z faktu, że gdy spotyka człowieka na wózku inwalidzkim popychanego przez osobę sprawną, to w większości przypadków zwróci się do osoby sprawnej, i z nią będzie starała się nawiązać kontakt, nawet gdy sprawa dotyczy tego, który siedzi na wózku. Do tego siedzącego mało kto się zwraca!

Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie to jest irytujące na początku! Potem się człowiek przyzwyczaja. Człowiek się do wszystkiego przyzwyczai. Nawet kaleka. Ale niesmak może zostać, a co mniej odporni mogą zacząć gadać o dyskryminacji. A jak już zaczną, to jest to jak równia pochyła - można tylko jeszcze bardziej narzekać.

Ja to jakoś przetrawiłem. Chyba skutecznie. Ale nie zawsze jest łatwo.

Inwalidzi mówią czasami o dyskryminacji w pracy, a ja nigdy tego nie odczułem w swojej długiej i burzliwej karierze profesjonalnej. Nigdy, ani w Polsce, ani we Francji, gdzie żyłem 15 lat, nie poczułem się dyskryminowany, nigdy nie zauważyłem, by moje kalectwo wpływało w jakikolwiek sposób na sposób traktowania mnie przez przełożonych czy kolegów. Zawsze uważałem, że wystarczy mieć odpowiednie wykształcenie i przygotowanie zawodowe, by pracodawca traktował mnie zwyczajnie, jak każdego innego. I miałem tak przez całe lata, dziesięciolecia wręcz! Gdy prowadziłem własną firmę, to też żadnego problemu nie miałem z moim kalectwem, poza zepsutymi windami i oblodzonymi chodnikami w zimie. Nigdy o żadnej dyskryminacji w świecie zawodowym bym nawet nie pomyślał.

Moja kariera zawodowa posłużyła nawet kiedyś jako wzór dla innych inwalidów - obwożono mnie po Polsce i pokazywano! Trochę byłem zażenowany, bo wciąż jeszcze wydawało mi się, że nie ma w mojej historii niczego specjalnego.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, jak ważna jest KONFIGURACJA!

Zawsze, przez całe życie, znajdowałem się w sytuacjach, w których byłem otoczony tylko przez osoby sprawne, albo byłem tylko wśród niepełnosprawnych - na przykład w jakimś szpitalu.

Dziś zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu przyszło mi pracować w środowisku mieszanym. Że pracuję z niepełnosprawnymi ale i ze sprawnymi, i wszyscy razem robimy podobne rzeczy.

Ze zdziwieniem zauważyłem, że moi przełożeni w sposób niezwykle wyraźny, nieomal ostentacyjny, wolą powierzać różne dodatkowe zadania pracownikowi sprawnemu, zamiast jego niepełnosprawnym kolegom (w tym mnie). Oczywiście mam na myśli zadania, które każdy z nas może zrealizować bez żadnego problemu. Gdybym był mniej odporny zawołałbym DYSKRYMINACJA!!!

Nie zawołałem i wcale tak nie uważam.

Porozmawiałem o tym z jednym z kolegów, też inwalidą. On, w odróżnieniu ode mnie zdziwiony tym nie jest wcale. Zwrócił mi właśnie uwagę na KONFIGURACJĘ. Mamy w biurze sprawnych wymieszanych z niepełnosprawnymi. Doświadczenie pokazuje podobno, że w takim przypadku przełożony ZAWSZE będzie wolał powierzać wszelkie dodatkowe zadania osobie sprawnej. Tak po prostu jest! To jest reguła! Tak jak z tym zwracaniem się do popychającego wózek. Sprawni trzymają się razem.

- Mnie nigdy sprawni koledzy nie opowiadali jaką rybę złowili i jaki był urodzaj jabłek na działce - podsumował mój kolega-inwalida. Wiele razy pracował w "środowisku mieszanym".

Dla mnie to debiut.

Nie uważam, by zjawisko powierzania zadań sprawnemu koledze to była dyskryminacja. Myślę, a nawet wiem, że jest to zwyczajny, ludzki odruch. I wcale nie uważam, że należy go jakoś piętnować. Jestem przeciwnikiem zwalczania naturalnych odruchów jakimiś odgórnie narzucanymi regulaminami i zasadami.

Mnie to tylko zdumiewa i jest to dla mnie pożywka do dumania o złożoności natury ludzkiej. Nasuwa to też pewną praktyczną myśl:

Jakoś tak podświadomie byłem zawsze raczej niechętnie nastawiony do tzw. klas "integracyjnych". Ich zadaniem miało być przyzwyczajenie dzieci do zadawania się z kolegami inwalidami. W klasie na 25 uczniów 4 jest inwalidami i dzięki takim kontaktom od najmłodszych lat dzieciaki mają mieć "lepszy stosunek" do inwalidów.

Nie wiem, czy ten eksperyment nadal działa w polskim szkolnictwie. Wiem natomiast, że ja chodziłem do zwyczajnej, publicznej, państwowej szkoły, gdzie w klasie byłem jedynym niepełnosprawnym dzieckiem - przez cały okres pobierania nauk. I uważam, że była to najlepsza szkoła życia! I dla mnie, i dla moich kolegów. Ale to była konfiguracja "jeden inwalida, reszta sprawna". A klasa integracyjna, to konfiguracja mieszana, taka, poprzez którą ja spotykam się właśnie z "innym" traktowaniem. Traktowaniem, które niektórzy mogliby nazwać "dyskryminacją"

Dziwna jest natura ludzka. Dziwna i skomplikowana.

Zapraszam do obejrzenia - to o mnie. Jeszcze wtedy nie wiedziałem nic o konfiguracji.

Następny tekst


Jeśli uważasz, że to co przeczytałeś było ciekawe albo wartościowe, kliknij na zieloną łapkę. Albo na tę drugą, jeśli nie. Takie kliknięcie zawsze jest przyjemne, bo oznacza, że to co piszę nie pozostawiło Cię obojętnym. Możesz również udostepnić ten tekst w serwisach społecznościowych, dzięki czemu inni też go zobaczą. możesz też zasubskrybować kanał RSS który będzie cię powiadamiał o nowych wpisach: uruchom subskrypcje kanału RSS

kliknij, jeśli tekst ci się spodobał53kliknij, jeśli tekst ci się nie spodobał48
Skomentuj

Pewne sprawy muszą być jasne - to jest MÓJ blog, więc to ja decyduję o tym, co się na tych stronach pojawi, a co nie. Tak więc gdyby ktoś chciał wypisywać tutaj rzeczy, których nie chcę tu widzieć (myślę głównie o jakichś wulgaryzmach, spamie itp), to je po prostu usunę. Takie jest moje zbójeckie prawo. (Merytorycznych, ale krytycznych wobec mojego tekstu uwag nie usuwam.)