Fotografia Adama Pietrasiewicza
Adam Pietrasiewicz
Widziane z pozycji siedzącej
czyli
co mam do powiedzenia na tematy bieżące i ponadczasowe.

E-book - historical fiction

Przejście do strony na której można kupić ebook Powroty

Co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Całun Turyński

1 czerwca 1998

średniowieczny obraz przedstawiający złożenie Chrystusa do grobu

Leży przede mną książka Zenona Ziółkowskiego, popularyzatora religii, komentatora Biblii. Jej tytuł brzmi Spór o Całun Turyński, relikwia Męki Pańskiej w świetle najnowszych badań naukowych. Jest to próba komentarza do badań nad materiałem, w który Chrystus miał być owinięty po zdjęciu z Krzyża, a który zdeponowany jest w katedrze turyńskiej Św. Jana Chrzciciela. Książka Zenona Ziółkowskiego nie próbuje zachować pozorów obiektywności - już pierwsza strona za okładką, to mapa ukazująca jakimi drogami Całun trafił z Palestyny, przez Konstantynopol do Francji i następnie Turynu. Już pierwsza strona przesądza o autentyczności tej "relikwii", pomimo, że jak głosi tytuł, będzie mowa o badaniach naukowych, które niewiele mówią na temat podróży morskich Całunu, wiele natomiast na temat jego autentyczności.

Autor zastrzega się, tak jak i ja, że "przez ponad tysiąc lat Kościół - tak wschodni jak i zachodni - rozwijał się bez pomocy grobowych płócien Jezusa" . Bardzo zastrzega się, by nikt nie mógł mu zarzucić, że traktuje relikwię, jako dowód na cokolwiek, ale przecież już sam tytuł przeczy tym zastrzeżeniom. Książka znikła z półek księgarskich niezwykle szybko, jak większość dzieł tego typu. Tego typu, bo niestety, o ile nie w formie, to w głęboko przebijającej przez nią treści jest peanem na cześć nieracjonalnego myślenia. I nie mam tu na myśli wagi argumentacji Autora, jako głosiciela zasad wiary Chrześcijańskiej. Mam na myśli jego lekceważący, wręcz wrogi stosunek do naukowych metod działania. A są one, jak na razie, jedynymi, które wykazują swą skuteczność. Zgorszenie faktem, że nie zawsze wykazują to, co niektórzy chcieliby, by wykazywały, nie ma żadnego wpływu na wartość nauki.

Tak jak, wspomniany przez pana Ziółkowskiego we wstępie książki, Yves Delage, profesor anatomii na paryskiej Sorbonie, jestem agnostykiem. Tak jak Y.Delage uznaję Chrystusa za postać historyczną i nie widzę przyczyny, dla której ktokolwiek mógłby się zgorszyć tym, że do dziś zachowały się ślady jego ziemskiego życia. Ale dla mnie najbardziej namacalnym dowodem obecności Jezusa Chrystusa na Ziemi jest samo istnienie Kościoła, czy szerzej religii chrześcijańskiej, ale przecież i islamu, który również wciąga go w poczet swych proroków.

Całun nie jest dowodem na nic. To znaczy jest, ale nie śladem Chrystusa, lecz śladem ludzkiej chciwości i głupoty, która nigdy nie zmieniła się i jest obecna w naszych umysłach i działaniach od zawsze.

Trudno jest dyskutować ze stwierdzeniami typu "Przeprowadzenie badania wieku tkaniny całunowej poniżyło świat nauki. Poniżenia /. doznał również kościół. Jeżeli dyskusja na jakiś temat ma obracać się w tego typu kategoriach, to nie ukrywam, że będzie bardzo trudna. Ale postaram się nie schodzić tak nisko i przedstawić nieco inne, niż pan Ziółkowski, spojrzenie na problem "relikwii Męki Pańskiej".

Najpierw chciałbym przeprowadzić polemikę z najzabawniejszym moim zdaniem fragmentem książki, który mówi o rachunku prawdopodobieństwa. Tak jak Zenon Ziółkowski jestem humanistą, choć nie kończyliśmy tych samych szkół, i nie pretenduję do miana znawcy rachunku prawdopodobieństwa. Lecz, wydaje mi się, że zainteresowawszy się historią nauki i naukami ścisłymi w ogóle, mogę zwrócić uwagę na fragment, który uważam za niezwykle wymowny i ciekawie przedstawiający "dowody", na które powołuje się autor.

"Dzisiaj liczący się ze słowami fizyk nie mówi “To jest prawdziwe, tamto jest fałszywe". Zamiast tego rodzaju kategorycznych sądów, stwierdza: “To jest w wysokim stopniu prawdopodobne, a tamto jest wysoce nieprawdopodobne"."

Przytoczony fragment odnosi się do znanej współczesnej fizyce zasady nieoznaczoności Heisenberga, która w połączeniu z fizyką kwantową i teorią pól doprowadziła faktycznie do przekonania, że wszystko, co nas otacza jest jedynie wypadkową pewnych prawdopodobieństw. Ale czytajmy dalej:

"P. De Gail, inżynier technologii przemysłowej, interesujący się Całunem, w jednej ze swych książek stwierdził: “Jest w bardzo wysokim stopniu prawdopodobne, że Święty Całun z Turynu spowijał ciało Jezusa. Według moich obliczeń nieprawdopodobieństwo można kalkulować jak 1 do 225 miliardów."

Następnie wymienione są czynniki, które trzeba wziąć pod uwagę, by obliczyć nie nieprawdopodobieństwo tego, że Całun jest autentyczny, lecz prawdopodobieństwo, że nie jest. Bo, tak na marginesie, rachunek prawdopodobieństwa nie zajmuje się obliczaniem nieprawdopodobieństw. Te dwa pojęcia są tylko pozornie wykluczającą się nawzajem alternatywą.

Czynniki, którym nadane zostało, zaznaczmy, że w sposób absolutnie arbitralny, pewne prawdopodobieństwo, są w liczbie siedmiu. Nie bardzo wiadomo dlaczego akurat siedmiu. Czynniki, które tak jak i prawdopodobieństwo, zostały dobrane arbitralnie, nie świadczą o niczym. Autor sam zwraca na to uwagę, mówiąc, że "liczba czynników branych pod uwagę może być dowolna." Prosty z tego wniosek, że uzyskany wynik rachunku prawdopodobieństwa jest również dowolny. Na przykład jeden do 474, albo jeden do 1000000, albo...

Nie uważam się za naukowca. Tym bardziej nie uważam się za fizyka. Ale liczę się ze swoimi słowami i z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że założenie, że inżynier technologii przemysłowej, P de Gail wykazuje się w swych rozważaniach niezwykle wysokim stopniem nieuczciwości intelektualnej, manipulując do woli liczbami, jest niezwykle prawdopodobne. Prawdopodobieństwo to bliskie jest jedności.

Myślę, że po tym wstępie warto przedstawić historię Całunu, w wersji nie legendarnej, tylko tej, która znana jest historykom, w oparciu o materialne dowody. Oczywiście w wielu sprawach będę musiał podważyć pewne "fakty", o których mówi pan Ziółkowski. Zwrócono mi kiedyś uwagę, że dżentelmeni nie dyskutują o faktach. To prawda. Nie odważyłbym się stwierdzić, że ktokolwiek nie jest dżentelmenem. Załóżmy więc, że skoro to ja podejmuję dyskusję, to ja nie będę dżentelmenem. Trudno.

Całun pojawia się we Francji po raz pierwszy około roku 1357 w kościele kolegialnym w Lirey niedaleko Troyes. Jest on obiektem pielgrzymek tłumów wiernych przez okres ponad trzydziestu lat. Przekazany następnie zostaje Marguerite de Charny z rodu de Savoy, prawdopodobnie w roku 1453. Umieszczony w kaplicy w Chambéry ulega częściowemu zniszczeniu w pożarze, lecz uszkodzenia są minimalne. Pod koniec XVI wieku przybywa do Turynu i w 1694 roku umieszczony zostaje w kaplicy królewskiej katedry turyńskiej, w specjalnym przeznaczonym dlań sanktuarium.

W maju 1898 Całun wystawiony zostaje w Turynie na widok publiczny przez osiem dni z okazji pięćdziesięciolecia królestwa Włoch. 28 maja Secondo Pia wykonuje jego fotografię. Jej wynikiem jest coś niezwykłego. O ile obraz rzeczywisty jest rozmyty i trudno rozpoznawalny, o tyle negatyw jego fotografii przedstawia wyraźne plecy i przód człowieka o wydłużonych kształtach. Wynika z tego, że Całun jest odbiciem negatywowym, co likwiduje jakąkolwiek możliwość mistyfikacji, skoro jego istnienie udowodnione jest na długo przed wynalezieniem fotografii.

Badania przeprowadzone w latach trzydziestych na trupach wykazują, że rany i odzwierciedlenie członków na Całunie w zaskakujący sposób odpowiadają realnym śladom człowieka, który zmarł męczeńską śmiercią na krzyżu.

W 1969 roku Całun zostaje przedstawiony członkom komisji naukowej wyznaczonej przez kardynała Pellegrino z Turynu. W listopadzie 1973 prasa uzyskuje możliwość doń dostępu, a Max Frei, kryminolog z Zurichu, uzyskuje zezwolenie na pobranie próbek materiału w celu przeprowadzenia analiz. Dodatkowo niewielka grupa naukowców włoskich uzyskuje zezwolenie na dokonanie podobnych badań.

Raport z przeprowadzonych badań jest, w ogólnych zarysach raczej sceptyczny. Dwóch ekspertów sugeruje, że efekt negatywu fotograficznego uzyskany został dzięki prostej technice odlewu albo wręcz modelu. Natomiast, w sposób zdecydowany, naukowcy stwierdzają, że Całun nie został wykonany techniką malarską, w powszechnym tego słowa znaczeniu.

Max Frei stwierdza ponadto, że odkrył polleny, czyli pyłki kwiatów pochodzące z czterech części świata: Europy, Palestyny, Stepów anatolijskich i okolic Istambułu.

W 1976 dwóch amerykanów, John Jackson i Eric Jumper, na podstawie pewnych hipotez stwierdzają, że wizerunek na Całunie zawiera trójwymiarowy obraz człowieka, który został weń owinięty. Zenon Ziółkowski przedstawia ich jako "docentów Akademii Sił Powietrznych USA (NASA)" . Jumper jest podpułkownikiem US Air Forces, wykładowcą na Air Forces Institute of Technology zaś Jackson pracował w owym czasie w Kaman Sciences w Colorado Springs, a następnie na Uniwersytecie Kolorado na wydziale Elektroniki i Informatyki. Powoływanie się więc na autorytet NASA jest zwyczajnym nadużyciem, NASA nie miała nic wspólnego z badaniami Całunu.

Ich badania wykazały, że prześcieradło grobowe posiada wszelkie informacje, by otrzymać trójwymiarowy obraz, i wykonali, przy pomocy komputerów taki właśnie wizerunek. Oparli się w swych badaniach na "gęstości" śladów. Jednym z odkryć, do którego przyczynili się, było stwierdzenie obecności w oczach przedstawionej postaci monet, które zostały zidentyfikowane przez ks. Francisa Filasa, jako pochodzące z pierwszego stulecia naszej ery.

W tym samym czasie Ian Wilson, prezes British Society for the Turin Shroud, którego skądinąd pan Zenon Ziółkowski przedstawia jako "uczonego", a który w rzeczywistości jest dziennikarzem, przedstawia hipotezę dotyczącą “możliwej historii" Całunu sprzed okresu pierwszego pojawienia się w Lirey we Francji. Wilson zidentyfikował go z Mandylionem z Edessy (dziś miasto to nazywa się Urfa, w Turcji), materiałem przedstawiającym obraz Chrystusa, który znajdował się w tym mieście zanim, w 944 roku nie został przewieziony do Konstantynopola.

W marcu 1977 w Albuquerque w Nowym Meksyku rusza STURP (Shroud of Turin Research Project, projekt badań nad Całunem turyńskim). W październiku 1978 roku 33 członków tego stowarzyszenia przyjeżdża do Turynu z ponad 6 tonami najnowocześniejszego sprzętu, by dokonać pewnych, dozwolonych przez władze kościelne, badań. Całun przeniesiony zostaje w tym celu do pałacu królewskiego sąsiadującego z katedrą.

W październiku 1981 w New London (Connecticut) członkowie STURP zbierają się na sympozjum, by przedstawić wyniki swych badań. Opinie nie są jednoznaczne, lecz zgodne co do tego, że ślad człowieka nie mógł być wykonany ręką ludzką. Całość badań STURP, jako wynik, poza stwierdzeniem o "nieludzkim" pochodzeniu, stwierdzają jedynie, że plamy "krwi", o silniejszym, ciemniejszym zabarwieniu niż reszta wizerunku, zawierają więcej żelaza niż reszta oddanego ciała. Analiza spektroskopowa tych plam wydaje się stwierdzać obecność porfiryny, substancji wchodzącej w skład hemoglobiny. STURP stwierdza, że plamy są rzeczywiście z krwi i nic nie wskazuje na to, by znajdywało się tam cokolwiek innego. STURP nie zwraca uwagi natomiast na fakt, że porfiryna wchodzi również w skład chlorofilu, substancji obecnej w roślinach...

13 października 1988 roku ogłoszony zostaje wynik badań Całunu, metodami datacji przy pomocy izotopu węgla 14, które wykazują, bez żadnych wątpliwości, że len, z którego został wykonany rósł między rokiem 1260 i 1390. W przedziwny sposób odzwierciedla to okres, w którym pojawił się on w kościele w Lirey...

Od tego czasu badacze, a może raczej adoratorzy, Całunu wszelkimi dostępnymi im metodami próbują podważyć rezultaty tych badań. Książka Zenona Ziółkowskiego jest jednym z elementów tej akcji. Jego książka jest, w dużej części próbą podważenia słuszności zastosowania metody datacji węglem 14. Z jednej strony neguje ona jej podstawy, z drugiej twierdzi, że zbadane próbki nie świadczą o wieku tkaniny. Trudno jest dyskutować z przytaczanymi argumentami, które charakteryzuje wyjątkowa dawka złej woli i intelektualnej nieuczciwości. Warto zwrócić jedynie uwagę na fakt, że adoratorzy Całunu sami chcieli przeprowadzenia tego badania i krytykować zaczęli dopiero jego wyniki, które nie potwierdziły ich oczekiwań.

Oto w skrócie faktografia niektórych wydarzeń dotyczących Całunu. W zasadzie pokrywa się ona z przedstawianymi przez zwolenników autentyczności faktami, ale, jak to często bywa, nie wszystko jest takie piękne, jakby się to mogło wydawać. Problem autentyczności Całunu nie pojawił się w momencie ogłoszenia wyników badań przy pomocy izotopu węgla 14. Problem ten pojawił się już w momencie przybycia Całunu do kościoła w Lirey, w 1357 roku, o czym raczej niechętnie wspominają adoratorzy "relikwii Męki Pańskiej". Co najdziwniejsze pierwszym, który podważył autentyczność Całunu nie był człowiek świecki. Był nim duchowny, i to nie byle jaki, bo Henri de Poitiers, ówczesny biskup Troyes, w którego diecezji znajdował się kościół w Lirey. Zakazał on adoracji Całunu, określając go jako zwykłe oszustwo. Ale chęć wiary jest niepohamowana. Całun pojawił się znów po śmierci Henri de Poitiers. Jego następca na stolcu biskupim, Pierre d'Arcis, napisał więc list do papieża Klemensa VII pod koniec 1389 roku. List ten przechowywany jest w Bibliotece Narodowej w Paryżu. Zenon Ziółkowski w swej książce wspomina o biskupie d'Arcis, nie przytaczając jednak jego listu, który jest bardzo wymowny. Jest to ocena najbardziej zainteresowanego, z pierwszej ręki. Oto więc jego treść, z pewnymi oczywiście skrótami:

Sprawa, Ojcze Święty, przedstawia się następująco. Od pewnego czasu w diecezji Troyes, proboszcz jednego z kościołów kolegialnych, dokładnie kościoła w Lirey, fałszywie i kłamliwie, spalany pasją chciwości, pobudzany nie uczuciem wiary lecz chęcią zarobku, sprowadził do swego kościoła prześcieradło z umiejętnie wykonanym malowidłem, na którym widać, dzięki sprytnej sztuczce, podwójny obraz człowieka, to znaczy plecy i przód, utrzymując i kłamliwie twierdząc, że jest to prawdziwy całun naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, w który owinięty był w grobie, i na którym portret Zbawiciela pozostał odbity wraz z ranami, które nosił. Historia ta rozeszła się nie tylko po królestwie Francji, ale, można powiedzieć, po całym świecie, tak, że ludzie przybywają z różnych stron, by go zobaczyć. Skądinąd, dla przyciągnięcia tłumów i wyduszenia z nich pieniędzy, mówi o jakichś cudach przedstawiając ludzi twierdzących, że zostali wyleczeni w czasie ekspozycji całunu, w który wszyscy wierzą jako w całun Naszego Pana. Jego Ekscelencja, Henri de Poitiers, niech pamięć jego pozostanie świętą, gdy był biskupem Troyes i dowiedział się o tym, ponaglany przez rozsądnych ludzi, zdecydował się w ramach swych obowiązków, na wyjaśnienie tej całej sprawy. Bo wielu teologów i innych uczonych osób stwierdziło, że nie może to być prawdziwy całun Naszego Pana, na którym pozostałby Jego portret, skoro Ewangelie Święte nic o nim tym wspominają, a wydaje się, że święci ewangeliści wspomnieliby o tym, i że taka rzecz nie pozostałaby nieznana do naszych dni. Przeprowadziwszy więc sprawne śledztwo i przesłuchania odkrył oszustwo oraz to, w jaki sposób prześcieradło zostało sprytnie namalowane, a prawda ta została potwierdzona przez artystę, który tego dokonał, czyli że jest to dzieło powstałe w wyniku ludzkiego talentu, a nie boskiego cudu." (tłum. redaktora).

Dalsza część listu to zdziwienie, jakie wyraża biskup d'Arcis, że ludzie kościoła z tak niskich pobudek, jak chciwość wystawiają na widok publiczny przedmioty, które są bluźnierstwem i prosi papieża Klemensa VII o zakazanie tego procederu. Wyjaśnia, kto i w jaki sposób wyprodukował Całun i, informując o przekazaniu Całunu pod kontrolę władz królewskich, prosi o szybką interwencję.

Interwencja papieska nastąpiła szybko. W styczniu 1390 roku papież wydał zezwolenie na wystawianie Całunu na widok publiczny i nakazał biskupowi Pierre d'Arcis zamilknąć, pod groźbą ekskomuniki.

Być może zostanie to potraktowane, jako mieszanie się w sprawy osobistego życia niektórych osób, ale, gdy chodzi o postacie historyczne, zarzut ten nie jest tak ważny. Otóż Jeanne de Vergy, która jako pierwsza wystawiła Całun w kościele w Lirey, wyszła za mąż, w 1357 roku za możnego arystokratę, Aymon de Geneve, który był wujem Roberta de Geneve. A Robert de Geneve przeszedł następnie do historii jako... papież Klemens VII. Czasami warto postudiować drzewa genealogiczne.

Ale wróćmy do niektórych argumentów przedstawianych jako "dowody" niezwykłości Całunu. Jednym z nich jest "negatywowe" odzwierciedlenie postaci. Rzeczywiście, ani w XIV wieku, ani tym bardziej w pierwszym naszej ery fotografia nie była znana. Tyle, że niestety nie wszystko wygląda tak, jak chcieliby by wyglądało niektórzy adoratorzy "relikwii". Całun nie jest negatywem, wystarczy mu się przyjrzeć. Ślady "krwi", które są na nim w ciemnobrunatnym kolorze, na negatywie stają się białe... Natomiast fakt, że negatyw odkrywa dużo wyraźniejszy obraz, nie jest niczym nadzwyczajnym. Jest to częste zjawisko w przypadku niewyraźnych zdjęć, w których negatyw wzmacnia kontrast.

Co do badań polenów, to znów trzeba zwrócić uwagę na pewne nieścisłości natury formalnej. Max Frei w momencie przeprowadzanych badań, w 1973 był emerytowanym pracownikiem policji Zurichu, a nie, jak twierdzą niektórzy, światowej sławy kryminologiem i dyrektorem laboratorium policyjnego. Co do wyników jego badań, to tak naprawdę trudno jest cokolwiek na ich temat powiedzieć, jako, że nigdy nie zostały opublikowane w żadnym naukowym piśmie. Owszem, bardzo wiele na ich temat mówiła prasa, Max Frei zadbał o to, ale nie została dokonana żadna poważna praca naukowa na ten temat. Polleny skądinąd zostały odnalezione jedynie przez pana Freia, żadne późniejsze badanie Całunu nic na ten temat nie mówi.
Co do słynnego efektu "trójwymiarowości" obrazu, to raport Jumpera i Jacksona wykazuje, że aby otrzymać trójwymiarowy obraz zmodyfikowana została aparatura, analizator obrazów VP-8, na której pracowali. Z raportu wynika również, że matematyczne obliczenia wskazują na to, że jedynym, czego brakuje w obrazie na Całunie, by otrzymać formę ludzkiego ciała, to właśnie jest forma ludzkiego ciała. Co do twierdzeń, o monetach w oczach postaci z Całunu, które miały być jednym z wyników "efektu trójwymiarowości", wystarczy stwierdzić, że STURP sam zaprzeczył tym twierdzeniom.

Co do monet pochodzących z okresu Tyberiusza (ok. roku 30 p.n.e.), które miały znaleźć się w oczach pochowanego, to sprawę można by uznać za śmieszną, jeśli nie byłaby wynikiem zwykłej nieuczciwości Jacksona i Jumpera, którzy oparli ponoć swe twierdzenia na tekście zamieszczonym w Jewish Quaterly Review z 1898 roku, a w którym opisano praktyki kładzenia monet w oczach zmarłych. Otóż w żadnym z cytowanych fragmentów artykułu, na który się powołują nie ma mowy o monetach na oczach zmarłych. Jedyne zdanie, które w tekście mówi cokolwiek o monetach, to stwierdzenie, że współcześni Rosjanie (koniec XIX w) mają zwyczaj kładzenia monet na oczach zmarłych. Chyba nietrudno stwierdzić, że między Palestyną w pierwszym wieku naszej ery i Rosją w dziewiętnastym jest pewna subtelna różnica.

Pan Zenon Ziółkowski w swej książce skądinąd sam sobie przeczy, twierdząc na str 62, że J. Jackson "odkrył" obecność monet na oczach, podczas gdy na str 30 przedstawia dokładne wyniki badań specjalistów medycyny sądowej. Wynika z nich, że "najbardziej wyraźny jest obrzęk prawego oka". Specjaliści z medycyny sądowej odkryli więc obrzęk pod zakrywającą oko monetą. Musieli być to naprawdę nietuzinkowi specjaliści...

Nie można również zapominać o fakcie, że Całun, w historii chrześcijaństwa, wcale nie był jedynym całunem. Było ich co najmniej kilkanaście, pojawiających się od czasu do czasu, to tu, to tam, w chrześcijańskiej Europie. Dwa z nich, wcale nie byle jakie, bo nawiedzane w swoim czasie przez św. Franciszka z Asyżu, Wilhelma Zdobywcę czy Ludwika XIV zostały zniszczone podczas Rewolucji Francuskiej. Jeden z całunów, który przez lata uznawany był za "prawdziwy" przechowywany był w Cadouin we Francji, gdzie został wystawiony na widok publiczny, w obecności kardynała Verdier jeszcze w 1930 roku. Kilka lat później, jezuita, J. Francez, odkrył, że na płótnie znajdowały się napisy w języku arabskim, co miało świadczyć o tym, że przybył z Bliskiego Wschodu. Lecz gdy odczytano napisy, okazało się, że został wyprodukowany około roku 1100.

Problem pojawia się również, gdy przyjrzymy się bliżej Ewangeliom. Jak już wspominałem, żadna z nich nie mówi o jakimkolwiek cudownym odbiciu się śladu Chrystusa po Jego Zmartwychwstaniu. Mowa jest natomiast o całunie, czy lepiej całunach. Żadna z Ewangelii, poza Ewangelią św Jana, nie mówi o przybiciu Chrystusa do krzyża gwoźdźmi i o przebiciu boku włócznią (J.20,25). Badacze Całunu Turyńskiego, ci, którzy badają rany Ukrzyżowanego, opierają się więc w swych dywagacjach jedynie na tym, co pisał św. Jan. Oczywiście, musimy przyjąć to jako pewnik, nie mam ani ochoty ani wystarczającego przygotowania, by dyskutować o Ewangeliach. Tak, jak większość, przeczytałem je po prostu. Pojawia się jednak pewien problem związany z niekonsekwencją, która z pewnością nie ma żadnego wpływu na wartość Pisma Świętego Nowego Testamentu, ale ma bardzo wiele wspólnego z twierdzeniami adoratorów Całunu.

Otóż rzeczywiście, Ewangelie wg. św Mateusza, Marka i Łukasza mówią o całunie, w który spowite zostało ciało Chrystusa. Natomiast Ewangelia wg św. Jana mówi wyraźnie (J.19,40, J.20,5, J.20,6, J.20,7) o spowiciu ciała w prześcieradła w liczbie mnogiej: "Wzięli więc ciało Jezusowe i obwiązali je z wonnościami w prześcieradła, jak żydzi mają zwyczaj grzebać";"A schyliwszy się, ujrzał leżące prześcieradła, wszelako nie wszedł";"Przyszedł więc Szymon Piotr, idąc za nim i wszedł do grobu, i ujrzał prześcieradła leżące";" i chustkę, która na głowie jego, nie z prześcieradłami położoną, ale osobno zwiniętą na jedno miejsce". Mamy więc tu do czynienia z wyraźną niekonsekwencją, polegającą na dobieraniu informacji ze źródeł, które są wygodne tym, którzy ich poszukują. I jakoś, na wszelkich odzwierciedleniach ciała na Całunie, nie widać śladów jakiejkolwiek chustki, o której wspomina św. Jan.

Co do stwierdzenia, że Całun nie mógł być wykonany ręką ludzką, co do tego zgodni są wszyscy, to wystarczy przytoczyć eksperyment, którego dokonał Joe Nickell, domorosły iluzjonista, w 1978 roku. Otóż znaną wszystkim techniką, polegającą na odbiciu płaskorzeźby na jakimkolwiek materiale, otrzymał idealnie ten sam wynik, który możemy podziwiać na Całunie. Zrobił to, jak robi każde dziecko, pocierając ołówkiem monety na kartkach papieru. Doszedł nawet do tego, że wynalazł składniki, którymi można uzyskać charakterystykę chemiczną, którą wykazują badania Całunu. Wytworzony tak obraz spełnia wszystkie cechy Całunu, z "efektem trójwymiarowości" włącznie. Wyjaśnienia Nickella nie udowadniają tego, że Całun został wykonany właśnie tą techniką. Zaprzeczają jednak kategorycznym stwierdzeniom o "nieludzkim" pochodzeniu płótna.

W tym miejscu należy dodać jeszcze coś, na co niewielu zwraca uwagę przy badaniu Całunu. Jest to zjawisko, które umyka jak na razie wszystkim próbom wytłumaczenia, poza tym, które przedstawia Joe Nickell.

Otóż przyzwyczailiśmy się wszyscy do oglądania twarzy Chrystusa na obrazach, które Go przedstawiają. Są to obrazy dwuwymiarowe namalowane na płaskim płótnie. Na str 126-127 swego dzieła, pan Ziółkowski przedstawia skądinąd różne obrazy Jezusa w zestawieniu z pozytywem fotografii twarzy na Całunie. I, okazuje się, że są nawet do siebie podobne... Ale nie tu leży problem. Problem w tym, i zapewniam, że każdy może wykonać na sobie samym eksperyment, odzwierciedlenie twarzy, która została przykryta płótnem nie wygląda wcale jak namalowany obraz. Jest to odzwierciedlenie tak "rozmyte", że trudno nawet czasem doszukać się w nim kształtów twarzy. A eksperymentu można dokonać smarując się jakimś mokrym barwnikiem i przykładając suchą, lnianą serwetkę. Efekt "obrazu dwuwymiarowego", czyli takiego, jaki ma twarz na Całunie, otrzyma się natomiast metodami, które przedstawił Joe Nickell.

Konkluzją wszystkich niezależnych badań nad Całunem jest stwierdzenie, że jest to dzieło artysty. Być może zdziwi więc Czytelników, dlaczego piszę o nim z dużej litery, skoro nawet biskup Pierre d'Arcis tego nie robił.

Robię to z zupełnie innych pobudek niż pan Ziółkowski. Mój stosunek do niego jest też inny niż biskupa d'Arcis. Po prostu uważam, że obraz, który ma prawie 650 lat, jest pamiątką naszej historii, i jego nazwa, jakakolwiek by była, jest nazwą własną. Stąd Całun, a nie całun. A to, że powstał w celu mamienia maluczkich nie ma w tym momencie znaczenia.

Tak, jak wspomniałem na początku najwyższe władze Kościoła nigdy nie nadały mu miana "relikwii Męki Pańskiej", traktując zawsze całą sprawę jako poboczny temat bez znaczenia. Bez znaczenia dla Kościoła i dla wiary. Nie wątpię jednak, że to co piszę może wzbudzić niechętne reakcje tych, którzy po to, by wierzyć w Boga, potrzebują, jak św. Tomasz, dotknąć. Jeśli nie ran Chrystusa, to chociaż ich obrazu. W żadnym przypadku nie uważam się, będąc agnostykiem, za wojującego ateistę. Uważam, że każdy ma prawo wierzyć w co chce. Lecz wiara i religijność powinna chyba opierać się na wewnętrznym głębokim przekonaniu. Jest to jeden z elementów odróżniających nas od zwierząt i stawiających na szczycie procesu ewolucji czy Stworzenia. Przytoczę więc tu słowa Ewangelii wg św. Jana błogosławieni, którzy nie ujrzeli, a uwierzyli (J 20,29).

Następny tekst


Jeśli uważasz, że to co przeczytałeś było ciekawe albo wartościowe, kliknij na zieloną łapkę. Albo na tę drugą, jeśli nie. Takie kliknięcie zawsze jest przyjemne, bo oznacza, że to co piszę nie pozostawiło Cię obojętnym. Możesz również udostepnić ten tekst w serwisach społecznościowych, dzięki czemu inni też go zobaczą. możesz też zasubskrybować kanał RSS który będzie cię powiadamiał o nowych wpisach: uruchom subskrypcje kanału RSS

kliknij, jeśli tekst ci się spodobał48kliknij, jeśli tekst ci się nie spodobał48
Skomentuj

Pewne sprawy muszą być jasne - to jest MÓJ blog, więc to ja decyduję o tym, co się na tych stronach pojawi, a co nie. Tak więc gdyby ktoś chciał wypisywać tutaj rzeczy, których nie chcę tu widzieć (myślę głównie o jakichś wulgaryzmach, spamie itp), to je po prostu usunę. Takie jest moje zbójeckie prawo. (Merytorycznych, ale krytycznych wobec mojego tekstu uwag nie usuwam.)





Katon Starszy

03-04-2018 19:51:24 z numeru IP: 82.69.21.215

Drogi Panie, przeczytalem z uwaga caly Panski wpis o Calunie Turynskim i musze, niestety, stwierdzic, ze pominal Pan informacje, ktore mozna znalezc w opublikowanych zrodlach, a ktore podwazaja glowny argument sceptykow. Dotyczy on wynikow datowania metoda C14. I w tym sek. Dodam, ze jestem geologiem o ponad 35-letnim doswiadczeniu, absolwentem Wydz. Geologiczno-Poszukiwawczego AGH, a wreszcie doktorem nauk geologicznych na Uniwersytecie Pierre-et-Marie-Curie w Paryzu (Paris VI) w specjalnosci stratygrafia i sedymentologia. Tak, ze moglem ocenic w miare prawidlowo to, co zostalo opublikowane na temat badania C14 Calunu, a szczegolnie co dotyczylo samej metodyki badan. Nie mam pod reka opublikowanych materialow, bo jestem obecnie w wielomiesiecznej delegacji poza domem i nie mam do nich dostepu, wiec nie moge Panu podac odnosnika bibliograficznego, a kopac w Internecie nie mam czasu. Zatem uwazam - nie goloslownie, ale bez odnosnikow literaturowych - ze zastosowana metodyka badan nie pozwala na stwierdzenie, jakoby Calun mial powstac w 13 w. Powiem gorzej, trudno nawet powiedziec na podstawie tych badan, kiedy ow calun powstal, oprocz tego ze na pewno powstal. Wynika to z bardzo prostego faktu, ktory zdecydowal o kompletnej nieprawidlowosci wynikow badania. Chodzi o miejsce pobrania probek do badan C14. Kiedy oddawano je naukowcom z ekipy badawczej, o ktorej Pan wspomnial, przedstawiciele Kosciola zazadali, by probek nie pobierano z miejsc nieuszkodzonych przez pozar w Chambery w 15 w., o ktorym to wydarzeniu Pan wspomina rowniez. A jak wiadomo z przekazow historycznych, zaraz po zniszczeniach w pozarze w Chambery dokonano cerowania powstalych ubytkow wokol zweglonej tkaniny. Tego cerowania dokonano uzywajac oczywiscie owczesnych nici (tzn. wyprodukowanych w 15 wieku). Zatem panowie z grupy badawczej powycinali kawaleczki tkaniny, w ktorej znajdowaly sie nici z roznych okresow czasu (SIC!). Te rozne typy nici zostaly duzo pozniej bardzo ladnie zidentyfikowane dzieki zastosowaniu mikroskopu elektronowego tzw. SEM (Scanning Electron Microscope). Kiedy robiono to sprawdzenie, juz nie pamietam, ale gdzies tak w latach 90-tych na pozostalych z badan probkach. Te zdjecia byly opublikowane.Widac zatem dwie generacje nici, przy czym maja one zupelnie inny splot, jeden z nich bardzo charakterystyczny dla sredniowiecznych tkanin, a drugi calkiem odmienny, z analogiami bliskowschodnimi wedlug cytowanych w artykule specjalistow. Dwa typy nici zmieszane w probkach, a rowniez fakt, ze calun byl poddany dzialaniu wody, kiedy go odnawiano po pozarze, dyskwalifikuje metode oceny czasu powstania tej relikwii, czy by ona nie byla. Do bledu metodologicznego przyznal sie jeden z naukowcow uczestniczacych w badaniach kiedy zapoznal sie z badaniami samej tkaniny przeprowadzzonymi pozniej. Tak, ze w ten sposob dotarlismy do "sciany" w poznaniu czasokresu powstania calunu. Argument wieku C14 nie jest zadnym argumentem, ktory mozna przyjac jako dowod w dyskusji. A mial byc decydujacy. Tak to bywa z badaniami naukowymi prowadzonymi niedbale i powierzchownie, co zdarza sie duzo czesciej, niz to moze sie publicznosci wydawac. Na to sa tysiace przykladow z archeologii, geologii i innych nauk badajacych materialne slady przeszlosci. Jezeli kiedys zostanie odkryta lepsza metoda datowania archeologicznych artefaktow, to porozmawiamy. A na razie prosze laskawie pokopac lepiej w zrodlach. Klaniam sie.